jarzeniowka blog

Twój nowy blog

Brak komentarzy

Podziwiam Tatę Małej wróżki, za wpis, który przeczytałam pięć minut temu. Myślałam o Karolince i jej rodzicach, i jak bumerang powracała myśl… a gdyby to mój M.?? Jak dałabym radę?? I jak pisze blogowo bliska mi kobieta – masz zdrowe dziecko? to cała reszta chuj. Pamiętam, jak po porodzie okazało sie, że u M. cos nie tak z sercem (nie zrosło sie to co miało), i jak lekarz, niezły kutas i patafian (niech mu ziemia lekką będzie, bo juz nie żyje) z premedytacją podsycał moje obawy, opowiadając o operacji serca za pól roku, podczas gdy dobrze wiedział, że za trzy miesiące szmerów nie będzie – chodziło o prywatne USG na szpitalnym sprzęcie i to za grubą kasę, i jak wtedy pękało moje serce.

źle się zaczyna dziac w mojej głowie, dzis nie śpie od 5.30 rano, obudził mnie sen wspaniały, pełen tkliwości, czułości, uczucia – ale obok mnie nie występował M. ……

upsss.

Zwołane w trybie pilnym spotkanie z przyjaciółką. Na odgadanie się. Bo w głowie mi sie roi, tworzy, mąci, kręci…

A sprawa cała ma drugi wymiar, ale ze względu na moja wrodzona paranoję nie napisze jaką. W każdym razie ważną dla mnie tak samo jak rodzina, małżeństwo, przysięgi i obietnice.

ja pierdolę.

W domu

Brak komentarzy

Przeżyłam lot samolotem, uff, moje dziecko za to bezproblemowo sobie poradziło – w drodze powrotnej podczas lądowania po prostu zasnął. Mój mąż przed startem do domu pocieszył mnie, że lecimy z Lufthansa Technical Trainer – ucieszyłam się, ale do pierwszego zakretu, (bo chciał szybko wrócić do domu (pilot), po którym czułam sie jak na serpentynie z dużą ilością zawijasów, juz torebeczka papierowa była w pogotowiu.

Wakacje – cudne, choć pogoda nie dopisała – 4 dni brzydkie, chłodne, deszczowe. Ale za to uswiadomiłam sobie, że sie wcale z moim mężem nie nudziłam – zawsze był temat do rozmowy, był wyjątkowo chetny na spacery, na zwiedzanie. toz to cud :) Na słynnej serpentynie sa Calobra M. nie wytrzymał presji zakrętowej i bidulek dwa razy się porzygał. A ja, wiedziona instyntem akurat na tą podróz oprócz zapasowej pary majtek i skarpet wzięłam mu bluzę i spodnie, więc nie musiał jechac w ręczniku. Jest problem z huncwotem, bo nie chce już siusiać w pieluchę – co było dośc kłopotliwe np na autostradach – trzeba sie zatrzymywać, bo nawet jak dostaje pozwolenie, chce siusiać jak dorosły mężczyna  :) śmiesznie to wyglada, mały pędzel trzyma się za fikota i siusia.

Rozgadało sie nam dziecię na wakacjach – mamu i tatu to mamusia i tatuś, pepe to pepsi (mógł pic wszystko, byle w kubku Pepsi), a papu to paputki. Sa też inne zlepki sylabowe, ale ich nie rozszyfrowałam jeszcze.

Teraz czekam na szczęśliwy powrót brata – z Norwegii z pracy, nie widze sie z nim trzy miesiące, bardzo tęsknię.

Na lotnisku w Berlinie cios obuchem – w sklepie z gazetami pracował chłopak tak podobny do mojego nieżyjącego kuzyna, że po prostu mnie zatkało. Wzrost, budowa ciała, uszy, oczy, tylko kolor skóry miał inny -  od tego czasu wciąż o Macieju myślę, bardzo mi go brakuje, tęsknię… i z biegiem czasu wcale nie jest lepiej. Martwie sie tez o brata, taka długa droga do domu…

wielkimi krokami zbliża sie Wszystkich Świętych, zawsze do nas przyjeżdżał z ciocia i wujkiem na grób dziadka – i spotkanie na cmentarzu było okazją do pogadania, nawet pożartowania, w tym roku byłoby 21lat, bo tyle dziadek nie żyje…  a teraz – nie wyobrażam sobie tego dnia bez Maćka – a jeszcze bardziej stania przy jego grobie…

No to jutro wyruszamy na wakacje. Po raz pierwszy czeka nas 5h jazda samochodem z M. – ciekawa jestem jak zniesie. Od wczoraj biegam i piorę, jakoś źle obliczyłam czas i martwię się, że nie zdąży poschnąć. Jak na razie po nocnym rozkręceniu grzejnika i obwiszeniu go majteczkami, skarpetkami, sweterkami latorośli szyby spływały wodą.
Z M. cały piatek sprzataliśmy dokumenty nasze. Mój mąż – pedant w segregatorze zatytułowanym „gwarancje” znalazł dowód zakupu na ściemniacz z … 1994r.!! Ma wszystko, niczego nie wyrzuca, a ja przeklinam…
jak posprzataliśmy, usiedliśmy a mój maż mówi: słuchaj, zrobiliśmy taki porządek, jak byśmy mieli stamtąd nie wrócić… to jest obawa, która towarzyszy mi od dwóch miesięcy :(

Marzy mi się na wakacjach odwiedzenie wiosek zapomnianych przez turystów, daleko w górach, znalezienie plaży nie zasiedlonej… zwykle takie sa moje wspomnienia z wakacji – nie zabytki, słynne miejsca, tylko zapomniane przez Boga i ludzi miejsca.

a M. (syn) jest na etapie bajki o samochodach (wyścigówa zygzak mcqueen), znamy juz ja prawie na pamięć. nauczył się mówic „Kółka”, co początkowo miało znaczyć „złomek” – to takie autko, które wystepuje w tej bajce. Ale my odkrylismy nowe znaczenie. Zaczyna coraz więcej mówić, a jak widzi reklamę millenium i piosenke Feel „mój dom”, to zaczyna śpiewać.

Pozdrawiam was wakacyjnie, jutro o 18.10 wsiadam na pokład i fruuuuuuuu!!!!

Zimno…

1 komentarz

Wieje chłodem miedzy mną a M. Najsmieszniejsze jest to, że w niedzielę minęła 6 rocznica naszego ślubu, dzień wcześniej spędziliśmy świetny dzień – rano basen, po południu wyjazd – niespodzianka zorganizowana przez moja Mamę i J…. z Babcią, Teściami, stadniną koni w tle i zimnym szampanem… a wieczorem wizyta przyjaciół. No czy mogło byc milej? Ano mogło.

Jeży sie we mnie wszystko na myśl, że czasem mam wbrew sobie postąpić i zrobić coś dla świętego spokoju. Bez ochoty, porywu serca, namiętności… i dodatkowo wczesną pobudką rano, bo to ja przeciez muszę wstać razem z synem i robić mu sniadanie. Nie, nie i jeszcze raz nie! No to teraz pan mąż okazuje swoje niezadowolenie, między nami wyrósł lodowiec. A ja nie mam potrzeby ani ochoty, żeby cokolwiek zmieniać. Na razie.

po raz kolejny zaczytuje się w Jefferym Deaverze, tak bardzo lubię Lincolna i Amelię… Moja łagodna natura znajduje swoja mroczna stronę w opisach zbrodni, we wnikaniu w charaktery tych wszystkich popaprańców. Ale jak trzeba być popapranym, żeby wymyślać takie historie? Chylę czoła :)

Oczywiście z rozgryzania HTMLa nic mi nie wyszło, ale teraz znalazłam jakieś kursy internetowe i zamierzam się podszkolić. Śmieszne jest to, że mój mąż jako zadanie na technika informatyka miał za zadanie właśnie coś z HTMLem związane… no i nie ma tytułu, bo w ogóle do tego nie podszedł. Może u mnie będzie inaczej.

W domu od dwóch dni stoi piekna, czekoladowa kanapa z kremowymi poduszkami. Jest wygodna, zapraszająca do odpoczynku, i mieścimy sie na niej w trójkę – bo to jest narożnik, każdy ma swoje miejsce. Wchodząc do domu czuje sie piękny zapach nowości. natychmiast skojarzyło mi sie to, co napisałam – gdy jako dziecko 7 letnie wyjeżdźałam do chrzestnego w Berlinie, pamiętam zapach pięter domów towarowych, na których były zabawki – kojarzące mi sie z dobrobytem i szczęściem… takie wspomnienia dzielę z mężem, bo dla niego ten zapach tez jest charakterystyczny – dla naszego siermieżnego dzieciństwa dzieci urodzonych pod koniec lat siedemdziesiątych. Czasami wspominamy z przyjaciółmi różne śmieszne (smutne?) wydarzenia - gdy banany podarowane na gwiazdkę zgniły, bo szkoda było je zjeść, pomarańcze dzielone na 20 części, ja pamietam wędzony ser żółty – który kiedys kupiła moja mama, mogłam mieć wtedy ze cztery lata – do dziś ten smak kojarzy mi sie z luksusem. Barbie, które moja koleżanka przechowywała w pudełkach, nie można sie było nimi bawić, żeby sie nie poniszczyły… chociaz ja okres swojego dzieciństwa wspominam bardzo dobrze, i myślę że t wspomnienia są siłą mojego pokolenia.

Wczoraj, gdy dowiedziałam sie o katastrofie samolotu Spanair – zadrżało mi  serce. 22 września wylatujemy na wakacje, ja panicznie boje latac sie samolotem, wtedy zaczyna działać moja bujna wyobraźnia i projektuje w głowie katastrofy.. a ta wczorajsza jak ze złego koszmaru. Próbuje racjonalizować, nadac właściwe znaczenie… i guzik. Nic z tego. Pierwotny lęk przed maszyną, która wzbija się w powietrze (jak to jest, że taka ciężka i nie spada???Nigdy tego nie zrozumiem)i jest poza kontrolą, świadomość że jakby coś – to nikt nie wyjdzie żywy… ehh… no i pomimo tego strachu decyduję sie na lot. czasem sama siebie nie rozumiem :)

a teraz spokojne chwile, M i M  u teściów. a ja pije herbatke i zaraz zrelaksuję sie na kanapie.

a propos herbaty – podczas strasznej diety kopenhaskiej najbardziej brakowało mi właśnie herbaty!

Brak komentarzy

Wczoraj miałam łzy pod powiekami, jak czytałam o zmaganiach Małej Wrózki ze smiertelną (chociaż wiele bym dała za to, żeby Karolinka wyzdrowiała) chorobą. Wszystkie moje troski związane z zezowaniem M. i jego prawdopodobna wadą wzroku wydały mi sie błahe i nic nie znaczące. Patrzę na jego wygłupy i figle i nie wyobrażam patrzeć na swoje dziecko – umierające… za Karolinkę modlę się i myslę, zawsze trzeba mieć nadzieję…

i mam pustkę w głowie. No nie wiem co napisać.

Chcieliśmy jechać (lecieć) na wakacje, ale okazuje się, że za dwuletnie dziecko musimy zapłacić prawie tyle, ile za osobe dorosłą. Tego nie uwzględniliśmy w planie wakacyjno – budżetowym. To znaczy uwzględniliśmy, ale kwotę dwukrotnie mniejszą. A ja chciałabym gdzies polecieć, powylegiwac sie na leżaczku, pogrzać stare kości, pokąpac sie w ciepłym morzu, miec wszystko podstawione pod nos, niczym sie nie martwić… chociaż wolę gdzies jechać i wszystko robic sama niz nigdzie nie jechać. Bo Bałtyk we wrześniu nie zdaje egzaminu… no to może polecimy z Berlina, bo ku mojemu zdziwieniu okazało sie, że wakacje z Berlina są nawet o 1/3 tańsze niż te z Poznania.

Dziś mam perspektywę pracyd o 19, uff…

A M. właśnie sprząta w moich książkach. Chyba zamiłowanie do lektur ma po mamie :)

Jestem!!

Brak komentarzy

Wczoraj wróciłam!! O matko, jakże ja sie popłakałam widząc mojego synka biegnącego do mnie z okrzykiem „mama”! wreszcie jestem, razem z chłopakami i moimi myślami. Chwilowo mam dosyc ludzi, bo tam 24h/dobę musiałam być, udzielać się, rozmawiać, prowadzić, diagnozować, pomagać, informować, słuchać, brać udział… i mam dość! Staż niespodziewanie, aczkolwiek dla mnie szczęśliwie skrócił sie o 4 dni, teraz do końca tygodnia mam urlop. A we wrześniu aż dwa tygodnie poodpoczywam!! jest na co czekać!

Czas wyjazdu nostalgiczny, wspomnieniowy… 08.08. minie pół roku od odejścia Maćka… widzisz Ty mnie czasem? Bo ja czuję, że się mną opiekujesz, Ty najlepszy i najuczciwszy ze wszystkich  – tęsknię za Tobą, zbliżają sie Twoje urodziny… wspominam nasz czas razem, dzieciństwo, wygłupy, tunele w sianie, spanie pod namiotem, opowieści o duchach, trupach, skarbach, szybkie ucieczki do domu, do babci… zastanawiam się, ile czasu zabierze mi pogodzenie sie z Twoją niespodziewaną śmiercią, kiedy będę wspominac Cię bez bólu…

dzis wyjątkowo spedzam dzień w domu, bo straszliwa migrena mnie dopadła. poprosiłam o dzień urlopu, zostałam w domu, wyleżałam sie w łózku, podczas gdy dziecię z nianią szalało na dworze. Ale zanim poszli na spacer, M. nie odstępował mnie na krok, przyniósł zabawki do sypialni i bawił sie przy łóżku, a nianię totalnie ignorował.

Troche dołuje mnie, że żadna z moich koleżanek na tak długo nie wyjezdżała z domu – bo czerpię duże wsparcie z doświadczeń innych mam i ich radzenia sobie z trudnościami.

dzisiaj u mnie spokojnie – apatycznie – smutno…

26 lipca nadchodzi wielkimi krokami, a ten dzień oznacza dla mnie jedno: wyjazd na prawie dwa tygodnie (bez dwóch dni) na staż kliniczny…. 200 km od domu. Staram sie nie przegapic zadnej chwilki z M., ale nie da sie przeciez „nabyć ze sobą” na zapas. Martwie sie okrutnie, tym bardziej, że wszelkie moje wyjścia do pracy ostatnio strasznie przeżywa, miotając sie między miłością (chwyta mnie za nogi i chce na ręce) a nienawiścią (bije mnie, że śmiem wychodzić do pracy). No i te dwa tygodnie…. jak ja wytrzymam bez moich chłopaków, szczególnie tego młodszego? Bo myślę, że to ja dużo gorzej od mojego Syna zniose to rozstanie. I taka złośc mnie zaraz chwyta, że w mojej dziedzinie wymaga się ciągłego szkolenia, szlifowanie, wyjazdów, a pieniądz – marniutki, oj bardzo bardzo marny. Nawet nie średnia krajowa (tu bym sie cieszyła). I choć wiadomo, że pieniądze szczęscia nie daja itd, myślę, że ze świadomością bycia nagradzanym za trudy i znoje pracy mojej byłoby mi fajniej i łatwiej.

w ogóle dziś moje antycypowane tęsknoty mieszają sie z negacją i złością na taki własnie porządek rzeczy.

ale za to sobota fajna, wybralismy się pociagmiem do babci M, czyli mojej mamy, podróz trwała całe 7 minut i M siedział mi na kolanach jak zaklęty, tylko oczkami strzelał na prawo i lewo, obserwując te wspaniałości za oknem, przesuwające sie w szybkim tempie. No i po takich właśnie chwilach tym trudniej jest pogodzić się z myślą, że DWA TYGODNIE!!!!! NIE BĘDĘ GO WIDZIEĆ!!! UKŁADAĆ DO sNU!!! BAWIĆ!!! CZYTAĆ „NA STRAGANIE”!!! SADZAĆ NA NOCNIK!!! KARMIĆ!! WYGŁUPIAĆ SIĘ I SZALEC NA ŁÓZKU!!! CHODZIĆ NA SPACERY!!! PRZYTLUAC!! CAŁOWAĆ!!!UCZYĆ NOWYCH SŁÓW!!!!(bibi to wieża)CHYBA KOGOS ZARAZ POGRYZĘ!!!!!!!!!

qwczoraj szleństwo zakupów mnie naszło, co więcej, mój mąż dał sie równiez przekonać i kupił sobie kilka fajnych koszul/lek. M u teściów, wybawił sie za wszystkie czasy.
Dzis rano przeżyłam szok – z Poznania do Łodzi w ciagu pon-pt nie ma ZADNEGO bezposredniego połączenia! Myslałam naiwnie, ze w XXI wieku jedne z większych miast w Polsce będa miec połączenia, ale muszę jechac przez Warszawę, a podróż zabiera mi pół dnia. Nie do wiary.

M teraz  spi, a ja zabieram się za obiad. po perturbacjach zdrowotnych mojego męża (podejrzenie guzów, krwiaków i innych straszliwości) i zrobionym rezonansie głowy (wyglądał jak Homer Simpson :) ) i Dopplerze tętnic szyjnych i kręgowych, okazało się, że być może winne jest wysokie ciśnienie. Chociaz ja mam swoja teorię nerwicy lękowej. Pan doktor dał zalecenie -10kg, może i mnie to zmobilizuje do zrzucenie kilku(nastu) kilogramów, na razie Mąż poszukuje rowerków. Super, może wreszcie zaczniemy aktywnie spędzać czas (tego mi zawsze brakowało prz Mężu – Kanapowcu).

Z serii Synkowej:
Piątek, 12.40, za 5 minut przychodzi niania, ja wypachniona, wymalowana szykuje sie na 13 do pracy, każę się pierworodnemu ułożyć na kanapie, zawijam pupsko w pieluchę, mówię: mamusia idzie zrobić mleko, udaję się do kuchni (10 kroków dalej) i spokojnie myje butelkę, otwieram lodówkę itd. W tym samym czasie dobiega mnie stukanie łyżeczki o kubek – na stole został niezjedzony jogurt morelowy, który to M zjadł do połowy. Wchodze z mlekiem i co widzę? dziecię lezy jak matka przykazała, i spożywa jogurt w pozycji leżącej, czyli ma go rozsmarowanego na brzuchu, klatce piersiowej i na kanapie obok! A ile jogurtu jest w takim pudełeczku!! I mówie, że nie wolno, że je sie inaczej, a syn na mnie patrzy i szyderczo sie podśmiechuje, naprawdę. pomyślałby kto, że to tylko dwulatek… M do wanny, a mama do przebrania, bo nie zauważyłam plamy jogurtu na stoliku i wytarłam go spódnicą :)

PA


  • RSS